Sobota minęła całkiem dobrze. Od wczesnego rana (dokładnie: od 5:15) praca, na szczęście na weekendy mało stresująca. Potem trochę obowiązków, a na koniec pierwszy (oficjalnie, w tym etapie) trening z ciężarami. Oficjalnie, bo tydzień wcześniej zrobiłam sobie trening zeby zobaczyć czy A. plecy dają radę, B. ile mi to cholerstwo ukochane zajmuje, C. czy pamiętam technikę wszystkich ćwiczeń.
Oto trening A1:
(jak ktoś potrzebuje tłumaczenia ćwiczeń to proszę pisać, ja tam chętnie się wiedzą podzielę, a co mi tam ;-) Na razie nie piszę bo moi stali czytelnicy sztuk 3 mają doświadczenie z treningiem siłowym i wiedzą o co chodzi.)
No i już wiem że rumuna zmienię na bułgara. Rok temu zanim plecy się posypały wciągałam 95kg 1RM. Tych 6kg to ja nawet nie poczułam... Za to wypady czułam aż nadto. Nienawidzę. Wniosek prosty - jak najwięcej wypadów bo jak boli to działa. Oczywiście mówię o bólu mięśniowym, nie stanie chorobowym. Tego wolałabym uniknąć.
No i jeszcze side plank... O ile prawa ręka dała radę to lewa... Śmiałam się sama z siebie. Jak już przestałam dyszeć ze zmęczenia of kors.
Co do diety: czyściutko i jak zwykle przy moim LC - bardzo mięsnie. 1816kcal, 152gB, 133gT, 4gW. A dokładniej wpadły:
szynka szwarcwaldzka 150g, fasolka szparagowa, ser brie 180g, filet z piersi kurczaka 180g, olej kokosowy 15g, warzywa stir fry (cebula, marchewka, kapusta), 3 jajka i 120g boczku wędzonego.
Smacznie i zdrowo i o to chodziło ;-)
Odpuść sobie kobieto!
środa, 29 stycznia 2014
sobota, 25 stycznia 2014
Trudne poczatki
No i po pierwszym dniu. Jeszcze 49 (w tym etapie).
Ile etapów będzie - nie wiem, co się będzie zmieniać też nie wiem, bo to zależy od postępów na tym etapie osiągniętych. Wiem tylko, że w połowie marca spotkam się z grupą ludzi, którzy nie widzieli mnie od listopada i chciałabym, żeby zmiany w moim wyglądzie były widoczne. Na tyle widoczne by usłyszeć "ale ładnie schudłaś". No to motywacja jest.
Dla interesujących sią fachoFymi szczegółami, dane z dnia wczorajszego:
150g bialka, jakieś 15g węglowodanów, coś około 120g tłuszczy, 1750kcal
Dokladniej wpadło:
paczka łososia wędzonego, paczka szynki szwarcwaldzkiej, 50g pestek z dyni, 30g orzechów laskowych, 230g schabu w sosie pieczarkowym własnej produkcji (na oleju kokosowym), do tego fura fasolki szparagowej. Do picia coś koło 1.5l wody i kilka herbat owocowych niesłodzonych.
chyba muszę popracować nad ilością warzyw… Fasolka fajna rzecz ale jakieś inne zielone mogłabym w sumie w pracy podjadać…
Samopoczucie wczoraj miałam dość podłe. Baba jak to baba, postanowiła sobie zaznaczyć nowy etap w życiu zmianą fryzury. A że do ślubu ścinać włosów nie chcę, to wpadł mi do głowy genialny pomysł o nazwie "grzywka". Wszystko git, tylko pani fryzjerka nie do końca zrozumiała instrukcje, i to co teraz mam na głowie średnio mi pasuje. Niby to tylko włosy, odrosną, ale humor mi się spsuł i to mocno. Na szczęście mój ukochany mężczyzna i proces wybierania butów ślubnych skutecznie zaradziły chandrze.
Rzabba, masz rację (tak ogólnie) z tym walczeniem a współdziałaniem. Zastanawiam się mocno, co w moim przypadku jest adekwatne. Bo jakby nie patrzył to ja raczej walczę ze stanami chorobowymi (popsuty kręgosłup, popsute stopy i emocjonalne uzależnienie od cukru). Co wydaje mi się powiązane ze współpracą z moim ciałem (które chce naprawy skoro reaguje na wady postawy bólem). Zgodziłabyś się z takim punktem widzenia?
A jeśli o dietę chodzi to w sumie nie mam pojęcia co jest walką a co współpracą, skoro już dawno temu moja spec-trener mi powiedziała że "ja i węgle się nie zgadzamy". Za to uzależniony od cukru mózg prosi o węgle nieustannie. Na razie będę walczyć, przynajmniej z uzależnieniem. A jak uznam że to nie zepsute mechanizmy kierują moim łaknieniem, to wtedy zacznę współpracować. Przynajmniej taką mam nadzieję...
Ile etapów będzie - nie wiem, co się będzie zmieniać też nie wiem, bo to zależy od postępów na tym etapie osiągniętych. Wiem tylko, że w połowie marca spotkam się z grupą ludzi, którzy nie widzieli mnie od listopada i chciałabym, żeby zmiany w moim wyglądzie były widoczne. Na tyle widoczne by usłyszeć "ale ładnie schudłaś". No to motywacja jest.
Dla interesujących sią fachoFymi szczegółami, dane z dnia wczorajszego:
150g bialka, jakieś 15g węglowodanów, coś około 120g tłuszczy, 1750kcal
Dokladniej wpadło:
paczka łososia wędzonego, paczka szynki szwarcwaldzkiej, 50g pestek z dyni, 30g orzechów laskowych, 230g schabu w sosie pieczarkowym własnej produkcji (na oleju kokosowym), do tego fura fasolki szparagowej. Do picia coś koło 1.5l wody i kilka herbat owocowych niesłodzonych.
chyba muszę popracować nad ilością warzyw… Fasolka fajna rzecz ale jakieś inne zielone mogłabym w sumie w pracy podjadać…
Samopoczucie wczoraj miałam dość podłe. Baba jak to baba, postanowiła sobie zaznaczyć nowy etap w życiu zmianą fryzury. A że do ślubu ścinać włosów nie chcę, to wpadł mi do głowy genialny pomysł o nazwie "grzywka". Wszystko git, tylko pani fryzjerka nie do końca zrozumiała instrukcje, i to co teraz mam na głowie średnio mi pasuje. Niby to tylko włosy, odrosną, ale humor mi się spsuł i to mocno. Na szczęście mój ukochany mężczyzna i proces wybierania butów ślubnych skutecznie zaradziły chandrze.
Rzabba, masz rację (tak ogólnie) z tym walczeniem a współdziałaniem. Zastanawiam się mocno, co w moim przypadku jest adekwatne. Bo jakby nie patrzył to ja raczej walczę ze stanami chorobowymi (popsuty kręgosłup, popsute stopy i emocjonalne uzależnienie od cukru). Co wydaje mi się powiązane ze współpracą z moim ciałem (które chce naprawy skoro reaguje na wady postawy bólem). Zgodziłabyś się z takim punktem widzenia?
A jeśli o dietę chodzi to w sumie nie mam pojęcia co jest walką a co współpracą, skoro już dawno temu moja spec-trener mi powiedziała że "ja i węgle się nie zgadzamy". Za to uzależniony od cukru mózg prosi o węgle nieustannie. Na razie będę walczyć, przynajmniej z uzależnieniem. A jak uznam że to nie zepsute mechanizmy kierują moim łaknieniem, to wtedy zacznę współpracować. Przynajmniej taką mam nadzieję...
czwartek, 23 stycznia 2014
Mam dość
Mam trochę dość siebie. Dziwne uczucie w sytuacji gdy moje życie ogólnie, a sprawy sercowe w szczególności, układają się fantastycznie. Ale mam dość siebie jako osobowości typu A która zawsze musi być najlepsza, i chwalona, i wszystko mieć nie tylko zaplanowane ale także zrealizowane w 120%. Nosz... 120% NIE ISTNIEJE. Ale ja - będąc mną - muszę sobie to tłumaczyć... Nic tylko walić głową w deseczkę.
Albo próbować nauczyć się odpuszczać pewne rzeczy.
Odpuścić sobie chęć bycia perfekcyjną we wszystkim
Odpuścić sobie obwinianie się za niezrealizowane zamierzenia (które od początku były niemożliwe do zrealizowania bo doba ma tylko 24h, ja lubię spać, a i trzeba pamiętać że nie jestem robotem - ja o tym zapominam czasem)
Odpuścić sobie potrzebę bycia podziwianą i chwaloną (czyżby zbliżał się czas usunięcia konta na FB?)
Odpuścić sobie niezdrową rywalizację i poczucie klęski za drugie miejsce.
Jedyne czego tak naprawdę nie chcę sobie odpuszczać to walka z własnym ciałem, które sprawia mi od roku wiele kłopotów. Ogólnie czekam na ogłoszenia typu: "oddam zdrowy kręgosłup i stopy bez wad postawy w dobre ręce". Oj, brałabym. Z pocałowaniem ręki.
Spirala w dół - kręgosłup się posypał, ból był nie do zniesienia, ból zabijany cukrem bo przecież uzależniony od coli mózg podpowiadał że cukier jest najlepszy na wszystko, posypany kręgosłup i cukier rozwaliły w drobne kawałeczki mój układ hormonalny, a i nerwowemu się oberwało porzadnie. W rezultacie - 15kg w górę przez niecałe pół roku. Nic tylko świętować... NOT.
Na szczęście już jest lepiej. Jeszcze tylko dostanę moje super-hiper-wypasione-leczące-na-sam-ich-widok wkładki do stóp i powinnam być w stanie wytrwać w tym, co sobie założyłam.
Bo planować kocham i nie zamierzam przestawać planować - chcę nauczyć się odpuszczać ilość planowanych rzeczy, nie sam proces planowania.
Założenie pierwsze:
- co tydzień walka z jednym złym nawykiem
Założenie drugie:
- w 50 dni zrzucić z siebie 5kg (ogólnie wierzę bardziej w centymetry niż wagę, ale przy tej ilości fatu na mnie jaka się nazbierała to na razie mogę kierować się wagą przy wyznaczaniu celu)
Założenie trzecie:
- koniec założeń. Moja natura chciałaby wstawić tutaj kolejne 548 innych spraw które chciałabym zmienić. No ale przecież właśnie z tą potrzebą mam walczyć!!! Oj Aivalar, długa droga przed tobą...
Albo próbować nauczyć się odpuszczać pewne rzeczy.
Odpuścić sobie chęć bycia perfekcyjną we wszystkim
Odpuścić sobie obwinianie się za niezrealizowane zamierzenia (które od początku były niemożliwe do zrealizowania bo doba ma tylko 24h, ja lubię spać, a i trzeba pamiętać że nie jestem robotem - ja o tym zapominam czasem)
Odpuścić sobie potrzebę bycia podziwianą i chwaloną (czyżby zbliżał się czas usunięcia konta na FB?)
Odpuścić sobie niezdrową rywalizację i poczucie klęski za drugie miejsce.
Jedyne czego tak naprawdę nie chcę sobie odpuszczać to walka z własnym ciałem, które sprawia mi od roku wiele kłopotów. Ogólnie czekam na ogłoszenia typu: "oddam zdrowy kręgosłup i stopy bez wad postawy w dobre ręce". Oj, brałabym. Z pocałowaniem ręki.
Spirala w dół - kręgosłup się posypał, ból był nie do zniesienia, ból zabijany cukrem bo przecież uzależniony od coli mózg podpowiadał że cukier jest najlepszy na wszystko, posypany kręgosłup i cukier rozwaliły w drobne kawałeczki mój układ hormonalny, a i nerwowemu się oberwało porzadnie. W rezultacie - 15kg w górę przez niecałe pół roku. Nic tylko świętować... NOT.
Na szczęście już jest lepiej. Jeszcze tylko dostanę moje super-hiper-wypasione-leczące-na-sam-ich-widok wkładki do stóp i powinnam być w stanie wytrwać w tym, co sobie założyłam.
Bo planować kocham i nie zamierzam przestawać planować - chcę nauczyć się odpuszczać ilość planowanych rzeczy, nie sam proces planowania.
Założenie pierwsze:
- co tydzień walka z jednym złym nawykiem
Założenie drugie:
- w 50 dni zrzucić z siebie 5kg (ogólnie wierzę bardziej w centymetry niż wagę, ale przy tej ilości fatu na mnie jaka się nazbierała to na razie mogę kierować się wagą przy wyznaczaniu celu)
Założenie trzecie:
- koniec założeń. Moja natura chciałaby wstawić tutaj kolejne 548 innych spraw które chciałabym zmienić. No ale przecież właśnie z tą potrzebą mam walczyć!!! Oj Aivalar, długa droga przed tobą...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
